środa, 11 maja 2016

Rozdział 18: Zabawa w lesie



Rano poszliśmy do głównego pokoju gdzie znowu przed komputerami siedział Manuel.
-Cześć- powiedziałam i puknęłam Arona.
- Cześć- wyjąkał.
- O już wstaliście, jeśli jesteście głodni kuchnia jest na końcu korytarza, jedzcie co chcecie.
- Ok, to idziemy coś zjeść.
Przeszliśmy z powrotem przez drzwi w rogu pokoju, gdzie znajdował się długi korytarz. Co kilka metrów znajdowały się drzwi, były to pokoje, a na końcu betonowego korytarza idąc w prawo wybudowana była kuchnia. Były  w niej wszystkie potrzebne sprzęty kuchenne, lodówka, kilka szafek i blat. Ściany były pokryte czerwonymi kwadratowymi kafelkami, a podłoga tak jak wszędzie gumoleum. Zrobiłam nam tosty z serem na śniadanie do tego ugotowałam po kiełbasce, a do picia zrobiłam herbatę. W kuchni nie było żadnego krzesła ani stolika, więc wróciliśmy do wielkiego pokoju i usiedliśmy na kanapie.
- Dobrze się wam spało?- zagadał muzyk.
- Tak, ale zaczynam tęsknić za słońcem.- odpowiedziałam.
- Spoko, o 10 zaczyna się trening więc wyjdziemy.
-A która jest godzina?
- Zbliża się 8.
- A ty tak całą noc przesiedziałeś przed komputerem?
- Nie, ale rzeczywiście ostatnio mało sypiam.
- Dlaczego?
- Bo muszę dowiedzieć się wszystkiego odnośnie faceta, który zmienia geny, aby upodobnić ludzi do nas, a na dodatek wykorzystuje ich do kradzieży. Hakowanie komputerów i zdobywanie informacji bywa czasami bardzo trudne tym bardziej, że nie wiem gdzie szukać.
- Skąd to wiesz?
-Byłem  w Luwrze podczas kradzieży obrazu, ukradł go chłopak z wielkimi czarnymi skrzydłami i nie wyglądał jak typowy nastolatek należący do Szybujących.
- Szybujących?
- Tak nazywamy, ludzi którzy rodzą się ze skrzydłami.
- Aha, a po co chcecie więcej o nim wiedzieć?
- Musimy go powstrzymać za nim zrobi to większej ilości osób, a każda informacja jest potrzebna.
- Jak chcecie go powstrzymać?
- Nad tym pomyślimy jak już dowiemy się gdzie jest.- zastanawiałam się czy mu nie powiedzieć, ale na razie stwierdziłam, że wolę nie ryzykować.- dobra już nie przeszkadzam wam jedzcie sobie spokojnie.
Zjedliśmy śniadanie i wróciliśmy do kuchni, żeby pozmywać naczynia. Było jeszcze dużo czasu do treningu dlatego poszliśmy do „salonu”, usiadłam obok komputerowca i patrzyłam co robi, wyglądało bardzo interesująco, ale Aron nie był tym zaciekawiony, usiadł na jednym z foteli i włączył telewizję. Manuel spojrzał na mnie i powiedział.
- Jak chcesz mogę cię paru rzeczy nauczyć.
- Na serio?
- Tak, to chcesz?
- Pewnie
No i zaczęła się nauka na dobre, włamaliśmy się do kilu komputerów, ale nic nie znaleźliśmy co by go interesowało. Do pokoju wszedł Dymitr ze śniadaniem  powitał się z nami i usiadł obok błękitnookiego. Po kilu minutach zaczęli rozmawiać, dobrze, że Aron miał już dzisiaj lepszy humor. My z Manuelem wróciliśmy do szukania informacji. Równo o 10 przyszedł pan Gerard, a za nim kuśtykał obrażony na cały świat Borys.
- Czas na trening, wychodzimy.- wszyscy posłusznie wstali i wyszliśmy na zewnątrz, oprócz Manuela, który kontynuował poszukiwania.
-Dobra Borys i Aron będziecie mieć razem trening, poczekajcie tu, ja idę po quada, Aida ty pójdziesz z Dymitrem.
-Chodźmy Aida- powiedział elf i poszłam za nim.
- Będziesz z nami mieszkać, więc będziesz razem z nami trenować, na początek przebiegniemy się trochę po lesie.
- No dobra, to prowadź.
Biegliśmy tak przez las, wyglądał dużo lepiej niż nocom, było słychać ćwierkanie ptaków, a miękka ściółka uginała się lekko pod naszymi nogami. Miałam zdecydowanie gorszą kondycję od chłopaka, ale łatwo się nie poddaje. Po pewnym czasie gdy chłopak zauważył, że odległość pomiędzy nami jest dość duża zatrzymał się.
-Jak żyjesz?
- Ledwo co- wydyszałam zmęczona, nigdy nie lubiłam biegać.
- Dobra zrobimy teraz odpoczynek, a później wspinaczka po drzewach.
- Wszystko jest chyba lepsze od biegania.- oparłam się o jedno z drzew.
- Masz wodę podał mi butelkę, którą trzymał w małym, brązowym plecaku.
Po pięciominutowej przerwie ruszyliśmy spacerem dalej.
- Gdzie idziemy?
- Nie wszędzie rosną wystarczające duże drzewa, musimy się kawałek przejść.
- Ok.
Kiedy się zatrzymaliśmy staliśmy przed ogromnymi, liściastymi drzewami, z niewiarygodnie grubymi gałęziami.
- W pobliżu takich drzew niegdyś żyły elfy, chodźmy.
Zaczęliśmy się wspinać, co już jak dla mnie było lżejsze od biegania, drzewa nie miały szorstkiej kory dzięki czemu nie raniły rąk, więc wszystko szło jak po maśle. Gdy byliśmy prawie na samej górze, około wysokości czwartego piętra, zatrzymaliśmy się, a ja zaczęłam być niepewna, było strasznie wysoko i wolałam nawet nie patrzeć w dół.
- Dobra teraz przebiegniemy po gałęzi na kolejne drzewo.-Jak to usłyszałam, wybałuszyłam oczy i powiedziałam stanowczo.
-Chyba sobie żartujesz? Nie ma nawet cienia szans.
- Nie marudź, to proste, spójrz.
Elf pobiegł szybko i zwinnie po grubej gałęzi, która się trochę trzęsła gdy się przemieszczał, a po chwili przeskoczył na gałąź drugiego drzewa i już był przy jego pniu.
- No chodź!- zawołał.
- Spadnę, zanim dobiegnę!
- Złapię cię- przeszedł na gałąź obok i staną przy jej końcu.
Pomimo, że mu nie ufałam nie mogłam powiedzieć, że tego nie zrobię. Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie, idealnie to teraz pasuje, bo on mógł stracić zaufanie do mnie. No więc zaczęłam biec, ale oczywiście zdolna ja musiałam w połowie zaczepić butem o małą gałązkę. No i oczywiście się przewróciłam, widziałam kątem oka, że elf podbiega bliżej, żeby mnie złapać, ale i tak byłam przerażona. Przecież jesteśmy strasznie wysoko, nagle jakby odruchowo złapałam się prawą ręką gałęzi i zrobiłam gwiazdę, było to pewnie spowodowane adrenaliną i stresem, szybko podbiegłam do pnia drugiego drzewa i się do niego przytuliłam, a za plecami usłyszałam tłumiony śmiech. Byłam ciekawa, czy to Dymitr zdjął wreszcie swoją opanowaną maskę, więc się odwróciłam w jego stronę. Tak to był on.
- Co ty robisz?- spytał.
- Nie widać, przytulam się do drzewa- burknęłam.
- Po co?- cały czas się cicho śmiał
- No nie wiem po co , bo wcale przed chwilą bym nie spadła- odpowiedziałam sarkastycznie.
- Przecież bym cię złapał, widziałaś że biegnę.
- No tak ale to nie zmienia faktu, że życie przeleciało mi przed oczami.
- Ale nic ci się nie stało, to najważniejsze, a chyba nie zamierzasz zostać tu na zawsze tuląc drzewo.
- A żebyś wiedział, że tu zostanę, to drzewo zostanie moim mężem i będziemy mieć małe drzewiątka- znowu rzuciłam sarkazmem, a chłopak po prostu wybuch śmiechem.- To nie jest śmieszne!
- Przepraszam, ale zabawna jesteś.
- Wcale nie, ja tu jestem przerażona !
- Dobrze nie denerwuj się, już nie będziemy biegać po drzewach, ale musimy zejść na dół.
- Nie ja się stąd nie ruszam.
- Uparta jesteś.
- Tak jak osioł i dobrze mi z tym- znowu zaczął się śmiać. – nie śmiej się tak bo zaraz pękniesz- burknęłam.
- Jeśli boisz się, że się znowu potkniesz to mogę cię znieść, to co ?
- No nie wiem- po chwili namysłu stwierdziłam jednak, że prędzej czy później będę musiała zejść- dobra chodźmy.
Chłopak wziął mnie na plecy, trzymałam się go mocno, a on powoli schodził z drzewa, w końcu gdy zeszliśmy, byłam w siódmym niebie, że stoję z powrotem na ziemi.

sobota, 7 maja 2016

Rozdział 17: Nowy dom


Czekaliśmy, aż wilkołak zbierze się z ziemi, ale coś długo mu to zajmowało. Widocznie naprawdę mocno dostał, znaczy no każdy normalny człowiek pewnie już by nie żył, ale on jednak był wilkołakiem, to pewnie miał jakąś szybką regenerację czy coś takiego, nie ?
- Dobra już dłużej nie utrzymam przemiany- wydyszał.
Wielki futrzak w kilka sekund zmniejszył się i przybrał formę chłopaka. Był on mniej więcej wzrostu Arona, miał czekoladowe włosy, które były całe zmierzwione. Ubrany jedynie w ciemne, przetarte dżinsy, a na jego torsie widniała cała masa siniaków. Gerard podszedł do niego i pomógł mu wstać. Borys oparł się na nim i zaczęli nas prowadzić w nieznanym kierunku. Szliśmy jedynie 10 minut i zatrzymaliśmy się pod ogromnym drzewem. Pomyślałam, że pewnie Borys potrzebuje odpoczynku.
Brodacz podszedł sam do drzewa i włożył rękę do dziupli. Było słychać jakby jakiś mechanizm się  poruszył, a po lewej stronie drzewa otworzyła się zamaskowana klapa, która ukazała nam schody prowadzące w dół i właśnie to nas zbytnio nie przekonywało. Nie chcieliśmy trafić do kolejnego podziemnego laboratorium. Gerard zauważył, że nie zamierzamy się stąd ruszyć.
- Co się stało?
- Nie przepadamy za ukrytymi przejściami, które prowadzą pod ziemię- opowiedziałam.
- To jest nasza baza innej nie mamy, więc decydujcie czy idziecie czynie.
Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy z nimi pójść po tych schodach. Czułam, że Aron jest gotowy na walkę jakby zaszła taka potrzeba. Korytarz i schody były całe betonowe, a co kilka metrów na hakach w ścianie zawieszone były latarnie naftowe, które swoim żółtym światłem oświetlały korytarz. Kiedy zeszliśmy na sam dół schodów, musieliśmy przejść jeszcze przez kawałek korytarza, na końcu którego znajdowały się drzwi. Brodacz otworzył je i wprowadził do środka Borysa, a naszym oczom ukazało się duże pomieszczenie, w którym  na środku znajdowały się dwie kanapy i trzy fotele w odcieniach zieleni, stały one naprzeciwko wielkiej drewnianej ławy, a na ścianie wisiała plazma. Na jednej z kanap siedział chłopak, który czyścił łuk. Był niższy od Borysa, miał bardzo jasną cerę i długie szpiczaste uszy, a jego włosy były tak jasne, że mało im brakowało do koloru białego. Ubrany był w białą koszulę i jasne dżinsy. Pod ścianą naprzeciwko nas za to znajdowało się wielkie burko, na którym stały dwa monitory, a dwa były zawieszone na ścianie. Przed nimi siedział młody mężczyzna, miał jasno brązowe włosy, które były ścięte na boba, kiedy nas zauważył uśmiechnął się.
-Widzę, że kogoś przyprowadziłeś- zwrócił się do mężczyzny pogodnie.
Dopiero teraz chłopak siedzący na kanapie spojrzał na nas, widocznie czyszczenie łuku bardzo go pochłonęło. Spojrzał na nas swoimi jasno zielonymi oczami.
-Dymitr spójrz na Borysa- mówiąc to Gerard posadził go na kanapie obok zielonookiego, a on zaczął patrzeć czy chłopakowi nie stało się nic poważnego.
- Hej, usiądźcie przecież was nie ugryziemy- krzyknął komputerowiec.
Tak jak powiedział tak zrobiliśmy, wybraliśmy drugą kanapę, a on podjechał do niej na swoimi krześle biurowym na kółkach.
- Ja mam na imię Manuel, a blondyn siedzący na kanapie to Dymitr, a wy?
- Ja jestem Aida, a to Aron.
- Miło mi was poznać- mówił cały wesoły-  Jakie macie umiejętności?  Mnie zwą Muzykiem bo umiem grać na każdym instrumencie, a moje melodie wszystkich hipnotyzują, Dymitr jak pewnie się domyśliliście jest elfem.
- Ja jestem zwykłym człowiekiem, a w przypadku Arona to skomplikowane- wolałam nie mówić dlaczego jest tak silny.
- A ile macie lat młodziaki, ja mam 25, Borys ma 19, a Dymitr 18.
- My mamy 17.
-No to jesteście najmłodsi, a opowiecie jak spotkaliście Gerarda?
Opowiedziałam mu jak ich spotkaliśmy i co się stało, że wilkołak jest tak poobijany. Nic nie mówiłam o tym dlaczego znaleźliśmy się w lesie. Podczas gdy ja mówiłam, muzyk co trochę się wtrącał, żeby coś skomentować, był bardzo gadatliwy.
- O już pora obiadu, idę coś ugotować – powiedział kiedy skończyłam, zerkając na zegarek i wyszedł z pokoju drzwiami, które znajdowały się po prawej stronie w rogu pokoju.
Kiedy wspomniał o jedzeniu, kiszki zaczęły mi grac marsza, gdy z nim rozmawiałam zupełnie zapomniałam o głodzie, a teraz miałam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na obiad. Elf właśnie skończył opatrywać wilkołaka, a brodacza gdzieś wywiało. Gdy Borys już był wolny bez słowa wyszedł z pokoju i w ten sposób została nas tylko trójka. Blondyn wziął z powrotem w ręce łuk i się mu przyglądał, siedzieliśmy tak przez chwilę w ciszy. Głupio mi był się odezwać, nawet nie wiedziałam od czego zacząć. Cisze przerwał Dymitr.
- Jesteś naprawdę silny, nigdy nie widziałem tak poważnie potłuczonego Borysa- Aron się tylko na niego spojrzał, ale nadal milczał. - Powinieneś zacząć się odzywać skoro będziecie z nami teraz tutaj mieszkać.
- Przepraszam za niego po prostu jest nadal zdenerwowany tym, że Borys nas zaatakował.
- Rozumiem, z nim nie da się dogadać- mówił nadal bardzo spokojnie, był on całkowitym przeciwieństwem wilkołaka, opanowany, spokojny.- Nie zwracajcie uwagi na jego zachowanie, odkąd go znam taki jest.
- A jak długo tu mieszkacie?
- Już jakieś 2 lata.
- To długo, dobrze się ci tutaj żyje?
- Tak, tutaj jest spokojnie i mogę dowoli biegać po lesie, jako elf jestem bardzo zżyty z naturą. Jeśli chodzi o ludzi to tylko z Borysem są problemy.
- Uwaga obiad!- krzyknął wchodząc z talerzami Manuel.
Po chwili do pokoju wszedł Gerard i Borys. Zaczęliśmy jeść, na obiad był kuskus z gotowanymi warzywami. Jedzenie było pyszne, nie wiem czy to dlatego, że Manuel był dobrym kucharzem, czy tak bardzo mi smakowało bo dawno nie jadłam. Wszyscy spożywali posiłek w ciszy oprócz komputerowca, on gadał jak najęty. Pomimo, że nikt go nie słuchał bo nie wiadomo było o czym mówi to i tak nie przerywał. Gdy skończyliśmy jeść brodacz pokazał nam nasz pokój, w którym mieściło się biurko dwa łóżka, komody, mieliśmy także swoją łazienkę. Na podłodze leżało gumoleum, a ściany były koloru kremowego. Przygotowaliśmy się do spania, pomimo że była jeszcze wczesna pora, położyliśmy się na łóżkach i zaczęliśmy rozmawiać.
- Posłuchaj ja wiem, że im nie ufasz, ale powinieneś się zacząć odzywać.
- Wiem, ale jestem zdenerwowany i nie miałem ochoty z nimi rozmawiać.
- Dobra, ale jutro odezwij się coś, ok.?
- Ok.- po chwili ciszy, odezwał się znowu- Oni się tacy urodzili, prawda?
- Też tak myślę, bo nic nie wspominali, a po za tym przypomniało mi się, że w dokumentach, które znalazłam było napisane, że on wzorował się na ludziach, którzy tacy się rodzili.
- Musimy się dowiedzieć więcej o nich, jestem ciekaw jak to możliwe.
- Ja też. Ciekawi mnie też jak stworzyli to miejsce i dlaczego to robią.
- Na razie nie powinnyśmy mówić o tym jaki jestem, jak uważasz?
- Tak masz rację,  lepiej na razie nie wspominać o tym.
- Wydają się mili, ale tamci agencji też byli sympatyczni, więc trzeba na nich mieć oko.
- Tak masz rację.- zauważyłam, że Aron strasznie spoważniał od momentu naszej ucieczki, jakby dorósł.
- A jak się czujesz?
- Już lepiej, co prawda nadal boję się Borysa, ale przy tobie jestem bezpieczna.
- Tak, nie pozwolę mu cię tknąć.
- Wiem- uśmiechnęłam się do niego- myślę, że nawet nie będzie próbował, bo nieźle oberwał, jesteś bardzo silny.
- W sumie, sam nie spodziewałem się, że mam aż tyle siły. Potrzebuję treningu, żeby umieć się nią odpowiednio posługiwać.
- Wcześniej pan Gerard wspominał coś o tym, że pomogą w tym.
- To się okaże jutro.
-  Nom. Dobra, ja jestem zmęczona, idę spać, dobranoc- mówiąc to zgasiłam światło.
- Dobranoc.

środa, 4 maja 2016

Rozdział 16: Milusiński



Aida
[…]Nagle zza drzewa wyszedł… emmm.. wielki czekoladowo-brązowy wilkołak, i wcale mu dobrze z oczu nie patrzyło. Miał chyba z jakieś 2,5m stał na dwóch łapach a jego szpony wyglądały na tak ostre, że bez trudu by mógł przeciąć nimi drzewo na pół. Po pysku można było bez problemu powiedzieć, że był bardzo wkurzony, a jego wysunięte, ostre jak brzytwa kły, budziły strach. Byłam przerażona i nie wiedziałam co zrobić. Czy to był kolejny chłopak, którego genami bawił się Faust? A może ten brodacz to jakiś znajomy doktora? Aron stanął przede mną, odgradzając mnie od nich.
- Gadajcie co tu robicie?- warknął na nas przerośnięty wilk.
- Spokojnie, Borys.- powiedział mężczyzna, był bardzo opanowany.
- Nie będę spokojny!
-Daj im wyjaśnić, może po prostu się zgubili i im głupio się przyznać.
-Teraz już za późno, bo mnie zobaczyli!- wilkołak jeszcze bardziej wyszczerzył kły i rzucił się na nas.
Był tak szybki, że nie zdążyłam nawet odskoczyć na milimetr, ale błękitnooki stał przede mną i gdy zaatakował nas swoimi pazurami, złapał go za przedramię i rzucił nim jakby był szmacianą lalką w drzewo, które się przewaliło. Byłam w szoku wiedziałam, że jest on dużo silniejszy od człowieka, ale że aż tak? Na dodatek bez żadnego treningu. Zauważyłam, że nie tylko ja byłam zdziwiona, również koleś z brodą nie wiedział co się tak właściwie dzieje. Wilkołak nadal nie wstawał, ale było słychać jego dyszenie, a ja zastanawiałam się czy to ze złości czy z bólu.
- Jesteś cały? – zapytał wielką kulę futra, ale widać było, że woli do niego nie podchodzić, widocznie był wstanie zaatakować w szale nawet swoich.
- Tak- zaczął się zbierać z ziemi, ale sprawiało mu to wielki problem. Spojrzał prosto na Arona, ze wściekłością w oczach, było widać, że gniew w nim buzuje jeszcze bardziej niż wcześniej.
- Jeszcze raz podniesiesz na nią rękę, a nie będę się powstrzymywał- wycedził przez zęby Aron.
Już myślałam, że zaraz zaczną się bić gdy nagle pomiędzy nimi pojawił się brodacz i zaczął ich uspokajać
- Hej spokojnie chłopaki, myślę że powinnyśmy porozmawiać. Nie rozwiążecie przecież żadnego problemu siłą- mówił bardzo poważnie i z dużym spokojem.
Wilkołak ciężko opadł na ziemię widocznie nie był wstanie dłużej stać.
-Dobra niech ci będzie Gerard- fuknął.
- No więc, jak już słyszeliście ja jestem Gerard, a ten za mną to Borys.
Aron milczał, ale ja uważałam, że lepiej im odpowiedzieć. Wychyliłam się zza jego pleców i odpowiedziałam.
- Ja jestem Aida, a to Aron.
-  Więc Aron jesteś wampirem?
-Nie on jest za silny jak na wampira- wtrącił się wilkołak.
- Więc kim jesteś?
- Czy to ważne?- odparł nadal zdenerwowany błękitnooki.
- W sumie nie.
- Czego od nas chcecie?
- Możemy wam pomóc jeśli chcecie, w tych czasach trudno żyje się wilkołakom, wampirom czy innym istotom.
- Jak chcecie nam niby pomóc?
- Możemy pomóc wam opanować wasze zdolności i pokazać wam jak dostosować się do społeczeństwa żeby żyć jak normalny człowiek.
Nie mogliśmy im zaufać, byli oni zupełnie obcy, a nadal nie zapomnieliśmy ostatnich wydarzeń. Mężczyzna  nic nie mówił, że ich geny są zmienione tylko wymieniał wilkołaki i wampiry, czyli, że oni się tacy urodzili. Czyżby to właśnie na takich jak oni wzorował się Faust? Oni mogą być niebezpieczni. Jednak z drugiej strony my nie mamy się gdzie podziać, a jak będzie nam szło tak jak dotychczas to będziemy głodować.
- Jak możecie nam zagwarantować, że nie jesteście wrogo nastawieni, po tym? – spytałam.
- Niestety, nie mogę tego zrobić, ale proszę wybaczcie mu, wilkołaki są bardzo nerwowe i porywcze.
- Jak niby mamy mu wybaczyć, skoro on chciał nas zabić, a ty się nawet nie ruszyłeś!- wyrzucił z siebie oburzony Aron.
- Ja jestem zwykłym człowiekiem i nic nie mogłem zrobić, dlatego chodzimy po lesie jak najdalej od miast, żeby nie wpaść na żadnych ludzi.
Aron jednak nic nie odpowiedział, po ostatnich zdarzeniach już chyba w ogóle nie ufał nikomu oprócz mnie, ale nie było wyjścia. Pociągnęłam go za rękaw, żeby się nachylił i szepnęłam.
- Musimy z nimi pójść, nie damy sobie sami rady.
On tylko przytaknął niechętnie i powiedział już do mężczyzny.
- Dobrze pójdziemy z wami, ale niech on- wskazał skinieniem na wilkołaka- niech się nie zbliża do Aidy.
- Dobrze, niech tak będzie.

niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 15: Chyba gorzej już być nie może…



Morel
Siedziałem właśnie w agencji i nie wiedziałem co począć. Nadal nie znaleźliśmy Dagnera i nawet nie mieliśmy żadnych tropów, które mogłyby nas do niego doprowadzić. Pewne było tylko to, że nadal jest w kraju, ale co dalej? Nie mogliśmy powiedzieć mediom, że go poszukujemy i jakby ktoś go zobaczył aby nas poinformował, to i tak by nam nic nie dało, ponieważ zna wielu wpływowych ludzi dzięki swojej specjalizacji. A oni uciszyli by sprawę, nawet możliwe, że mogli by spowodować zamknięcie naszej agencji. Sami raczej nie damy rady go odnaleźć, a na dodatek dziewczyna nie chce pozwolić, aby chłopka walczył ze swoim bratem. Chyba gorzej być nie mogło.
Nagle rozległ się dzwonek mojego służbowego telefony. Dzwonił do mnie agent Boyer, miał mnie tylko informować gdyby się coś stało,  więc odebrałem od razu.
- Halo. Z tej strony agent Boyer- usłyszałem w słuchawce- dzwonie bo mamy problem
- Co się, stało? Chyba nie znalazł was Faust?
- Nie, nie o to chodzi.
- To co się wydarzyło?
- Dziewczyna wybiegła w nocy z domu.
- Jak mogliście na to pozwolić? Co z chłopakiem?
-  Chłopak pobiegł za nią.
- Jego też nie zatrzymaliście?
- Nie byliśmy w stanie, był wściekły, że nie chcieliśmy wyjść na jej poszukiwania.
- Wiesz jak ważne są te dzieci?
- Tak.
- Więc jak mogliście ich tak po prostu wypuścić?! Ehhh… Dobra wracajcie, do naszej siedziby, prędzej czy później będą musieli wejść do pobliskiego miasta, niech kilkoro z was tam zostanie.
Kiedy skończyłem rozmowę westchnąłem głęboko, wszystko nie szło po mojej myśli, ale przynajmniej jeden problem miał szybko się rozwiązać.
*****
Gdy przez kilka kolejnych dni nikt nie widział ich w mieście, zacząłem się zastanawiać co się z nimi stało. Powinni być wstanie dotrzeć do niego. Zwierzęta im nie zagrażały bo chłopak jest niezwykle silny. Gdybym wysłał agentów do lasu, byłoby to bez sensu bo jest on ogromny  i tak by ich nie znaleźli.
 Chyba, że znalazł ich Faust? To oznaczało by, że jest niedaleko. Zadzwoniłem do moich ludzi znajdujących się tam i kazałem im wracać nie chciałem ich narażać na niebezpieczeństwo. Jeśli nawet naukowiec nie złapał dzieciaków, jedynym rozwiązaniem dlaczego nie weszli do miasta, jest że już wiedzą o nas prawdę.